Kiedy mówię, że prowadzę kąpiele leśne, najczęściej słyszę jedno pytanie: „czyli spacer?". Rozumiem je. Sama, zanim pojechałam uczyć się do Japonii, nie wiedziałam, jak dużą różnicę robi to, czego w lesie się nie robi.
Skąd wzięła się ta nazwa
Termin shinrin yoku (森林浴) powstał w Japonii w 1982 roku, w resorcie odpowiedzialnym za lasy. Było to społeczeństwo, które właśnie masowo przenosiło się do miast i biur, a las nagle stał się miejscem, do którego trzeba świadomie wracać.
Dosłownie oznacza „kąpiel w atmosferze lasu". Najważniejsze jest tu słowo kąpiel. Nie „marsz przez las", nie „zwiedzanie lasu". Kąpiel: zanurzenie, w którym nic nie musisz, a wszystko dzieje się samo. Tak jak w wodzie nie trzeba się starać, żeby zmoknąć.
Czym kąpiel leśna nie jest
Najłatwiej ją zrozumieć przez zaprzeczenie, bo prawie wszystko, co przynosimy do lasu z codzienności, trzeba przy wejściu odłożyć.
- To nie jest wycieczka. Nie mamy punktu na mapie, do którego zmierzamy. Podczas dwugodzinnej sesji potrafimy przejść kilkaset metrów i to jest w porządku.
- To nie jest trening. Nie liczymy kroków, nie ścigamy się z zegarkiem, nie ma „dobrego tempa".
- To nie jest lekcja botaniki. Nie musisz znać nazw drzew. Wręcz przeciwnie: nazywanie bywa najkrótszą drogą do tego, żeby przestać patrzeć.
- To nie jest terapia. Kąpiel leśna to praktyka dobrostanu, a nie leczenie. Nie zastępuje pomocy specjalisty, choć bardzo dobrze z nią współgra.
W lesie nie chodzi o to, żeby dokądś dojść. Chodzi o to, żeby wreszcie gdzieś być.
Co się dzieje, kiedy zwalniasz
Nasze zmysły przez tysiące lat uczyły się świata, który wyglądał mniej więcej tak, jak las. Kiedy w nim jesteśmy, przestają być bombardowane bodźcami, do których nigdy ich nie przygotowano: powiadomieniami, ekranami, hałasem ulicy.
Japońskie ośrodki badawcze zajmują się shinrin yoku od lat i to właśnie z ich badań pochodzą efekty, które dziś wymienia się najczęściej: niższy poziom kortyzolu, czyli hormonu stresu, spokojniejszy rytm serca, lepszy nastrój i sen, wyraźniejsze myślenie po powrocie. Drzewa wydzielają też lotne substancje, tak zwane fitoncydy, którymi po prostu oddychamy.
Nie potrzebuję jednak wyników badań, żeby rozpoznać moment, w którym to działa. Widzę go na każdej sesji: po kilkudziesięciu minutach ludziom opadają ramiona. Dosłownie. Nikt im tego nie każe.
Jak to wygląda w praktyce
Prowadzę sesję przez tak zwane zaproszenia. To krótkie, proste propozycje, które kierują uwagę na jedną rzecz naraz. Pierwsze zwykle brzmi najprościej z możliwych: zatrzymaj się i posłuchaj, ile różnych dźwięków słyszysz.
Potem jest dotyk kory, zapach ściółki, obserwowanie ruchu liści. Na końcu siadamy w kręgu, pijemy herbatę i ten, kto chce, opowiada, co go zaskoczyło. Nie ma tu dobrych odpowiedzi. Najczęściej powtarza się zdanie: „nie pamiętam, kiedy ostatnio przez dwie godziny nic nie musiałam".
Pięć dni w japońskim lesie
Uczyłam się tej praktyki u źródła. Kurs Shinrin Yoku Association zakończył się pięciodniowym zanurzeniem w lesie nieopodal Nary. Pięć dni bez wychodzenia z tematu, z rytmu, z ciszy.
Największym zaskoczeniem nie była żadna technika. Było nim to, jak niewiele trzeba, żeby las zaczął działać, i jak bardzo przeszkadza w tym nasze przekonanie, że musimy coś osiągnąć.
Nie musisz jechać do Japonii
Las pod Grodziskiem Mazowieckim ma wszystko, czego potrzeba. Drzewa, ściółkę, światło i ciszę. Reszta to kwestia tego, ile z siebie zostawisz przy wejściu.